ARCHIWUM 2007
styczeń
2006
grudzień
czerwiec
2005
czerwiec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2002
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2001
grudzień
listopad
październik
wrzesień


przemyślenia po lekturze niewyszukanej dość
Przeczytałem w drukszmacie nagłówek artykułu: najlepszymi sprzedawcami są osoby o specyficznych cechach (czy coś w tym stylu).

Zainteresowało mnie to, bo zawsze sprzedawanie po pewnym czasie sporo mnie kosztowało i po kilku eksperymentach na żywym (własnym) organiźmie wiem, że to praca nie dla mnie.

No to dowiem się, dlaczego - wg poczytnego miedium - tak było :)

Czytam, a tam stoi, że dobry sprzedawca to ktoś, kto lubi... przegrywać. Bo ten fach to 90% i więcej porażek. Mimo to taki gostek pracuje na wysokich obrotach, bo jara go... że czasem jednak sprzeda. Taka gra, ktora go kreci - coś w rodzaju hazardu.

Obok żyłki hazardzisty potrzebna jest łatwość w znoszeniu porażek i wola walki.

No i zaczęły się we mnie przemyślenia...

Zobaczyłem, że nie ma we mnie woli walki. Nie lubię walki, unikam jej nawet wtedy gdy wiem, że prawda jest po mojej stronie. Czy mam w sobie jakąś zapętloną bajkę: synku, musisz być grzeczny, tak nie można...???

Mało tego. Perspektywa porażki czasem mnie tak paraliżuje, że nawet nie podejmuję wysiłku, by spróbować. Ile to razy kończyło się na doskonałych pomysłach - którte za kilka lat ktoś z sukcesem zastosował w życiu - mógłbym opisać wiele takich projektów, które u mnie skończyły się w głowie lub na pierwszej przeszkodzie. Brak pewności siebie? Czy może coś więcej?

Nie lubię przegrywać - jednak kiedy moje szanse na wygraną maleją, wtedy... odpuszczam! Nie zrywam się do walki, zero determinacji. Raczej postawa: cóż, kolejna ślepa uliczka, odpuszczam i zapominam o sprawie. Wycofuję się, nawet jeśli zinwestowałem w sprawę parę lat.

Takie zachowanie powtarzało się u mnie dziesiątki, może setki razy, w problemach rozmaitego kalibru: od rodzinnych przez towarzyskie po zawodowe.

Zobaczyłem to dzisiaj w sobie jasno jak w dzień. Coś w rodzaju olśnienia :)

Czy będę umiał coś z tą wiedzą zrobić? hmmm...
miodzio 2007-01-03 21:20:35
skomentuj (1)


no to wracam
Na czym to ja skończyłem wieki temu? :)

Nie daje mi to spokoju: chęć poukładania sobie w główce, jak i przez kogo Bóg dawał mi sygnały, że ma jakiś pomysł na moje życie i tylko czeka, żebym zaczął go pytać: jaki? :)

Więc... Garść kolejnych drogowskazów:

Ewa, która zaszkokowala mnie reakcją na fakt, że wydały się moje kłamstwa i matactwa - spodziewałem się potępienia, a dostałem... pzebaczenie i miłość. To był dla mnie totalny szok. Chyba wtedy zacząłem pierwszy się domyślać, że chrześcijaństwo to coś więcej niż zbiór surowych reguł moralnych.

Monika, która z godnością cierpiała, mając świadoość, że rak zabiera ją do Pana od syna, męża, rodziców... Był w niej pokój i siła, która się udzielała bliskim i która z pewnością nie pochodziła od niej samej - przynajmniej ja to tak odbierałem.

Ks. Jerzy z Sudeckiej, który na moje pełne zakłopotania pytane, jak mam odpowiedzieć na rodzącą się tęsknotę wiary, skoro nie potrafię zrezygnować z grzechu odpowiedział: rób to, co możesz na dziś. Posłuchałem go.

Ks. Mirosław, który przymknąl oko na moją niepoukładaną sytuacje i owierzył mi frontową służbę w radiu (dziś sam bym powiedział: ten kapłan powinien mnie napomnieć! - ale dobrze wiem, że to Bóg dawał mi wwtedy znaki, że kocha mnie tyakiego, jaki jestem).

Siostra Scholastyka: szalona i kochana kobieta ze zgromadzenia św. Faustyny. KIedy nawet jeszce nie myślałem o sakramentalnym pojednaniu z Bogiem, ona była już moją duchową matką.

Ks. K. - kapłan pełniący wysoką funkcję w PFT, który przekonywał mnie - jak on mógł?! :) - że sakramenty to nie jedyna droga dla chrześcijanina i żebym korzystał z tych sposobów spotykania się z Bogiem, jakie są w mojej sytuacji dostępne.

"Drogowskaz" - tak nazwałem narkomana-klejarza o zniszczonej psychice, który ciągle stawał na mojej drodze i nie pozwalał przejść obojętnie (mimo, że nic nie mówił i nic nie robił).

Orzech. który w czasie mojej "nawróceniowej" zniszczył moje wyobrażenie o kapłaństwie, jako o czymś co wiąże się z dystansem, nudą, oderwaniem od życia i słodkim przemawianiem przez uśmiech jak do niedorozwiniętych. Dzięki Ci Boże z Orzecha!!!

Piosenka Arki "Przebaczone winy, darowane długi...", przy której niejeden raz płakałem w czasie tej pielgrzymki.

Siostra Loreta, która opatrywała mi nogi - dzięki Ci Panie za to, że wybierasz sobie na pomocników takie wspaniałe kobiety :)

Teresa, która akurat mnie zprosiła na spotkanie modlitewne, gdzie oddałem swoje życie Jezusowi.

Spowiednik, który rozgrzeszając mnie po kilkunastu latach powiedział: nie panikuj, musisz powoli i cierpliwie budować tamę rzece, której pozwalałeś tyle lat płynąć bez przeszkód...

Zespół modlących się nade mną we wspólnocie "Weronika".

Artur, przez ktorego radiowy występ zostałem mocną ręką doprowadzony do wspólnoty H-h.

Miłosierna ekipa: Magda, Agnieszka, Artur, Beata, Matyjas, Leszek, Wojtek, Rafcio, Dorota... Staliście się moją rodziną.

Ks. Andrzej, dzięki któremu najpierw tęskniłem za "równaniem w górę" jako słuchacz RadiaR, a potem - już w H-h - czułem się formowany bez charyzmaniactwa, ale też bez odmawiania Bogu mocy.

Rafalek Malutki, ktory był moim animatorkiem przez rok.

Wystarczy na dziś - do współczesności dojdę następnym razem :)))
miodzio 2006-12-25 01:39:00
skomentuj (1)
dodaje notkę
żeby mi nie skasowali bloga:) ale ciągle mam myśli, żeby tu powrocic...
;
0
miodzio 2006-06-05 20:30:37
skomentuj (3)
Bóg mnie rozwalił
To tak na marginesie - bo zawaliłem całkiem organizację koncertu na wrocławskim dworcu (zapomniałem odebrać zgodę z PKP), a On i tak działał, mimo klapy całkowitej z ludzkiego punktu widzenia. Ale to uczy pokory...

Koniec marginesu.

Planowałem pisać o ludziach i wydarzeniach, które były dla mnie drogowskazami do Pana Boga. Może nie po kolei to będzie, ale z serca.

Wojtuś. Moja najwierniejsza przyjaźń. Był dla mnie autorytetem i kiedy panksowaliśmy (Jarocin, balangi na Odrą itp.), i kiedy został artystą pełną gębą, i kiedy nim przestał byc, aby się wyleczyć z alkoholizmu. Jego ineligencja i humor trafiają od lat w moją wrażliwość. Dlatego zaszokował mnie kiedyś przy piwie zwierzając się ze swej fascynacji Janem Pawłem II. Kurcze, myslałem że tak jak ja uważa instytucję Koscioła za skompromitowaną, a on w takich słowach mówił o Papieżu, że wymiękłem. Potem, już całkiem na trzeźwo, powiedział mi, że mimo iż nie praktykuje to uważa, że mogę iść do piekła za to, że żyję z kobietą bez ślubu. Ale, że oczywiście nie jest Bogiem i On może patrzy na to inaczej. Zatkało mnie.

Wtedy jakoś inaczej zerknąłem na salto Budzego. Dotąd sądziłem, że mu odbiło. Mój dawny idol, którego ceniłem za poezję i styl, dostał korby! W dodatku płyta "Triodante" okazała się potwornie nudna, co utwierdziło mnie w powyższym. Jendak teraz... Wydawałem wtedy kupe kasy na trawę i płyty - więc nieco upalony, w jakimś uniesieniu tęsknoty za czymś wyższym, kupiłem w empiku... "Wyznania" Augustyna i "Przyjdź" 2Tm2,3. Obie te pozycje sprawiły, że zaczęła we mnie rosnąć niezrozumiała tęsknota. I nie nie mogłem tego niczym zagłuszyć.

Jan Paweł II przyjechał do Wrocka na Kongres Eucharystyczny. Ale ja nie miałem ochoty słuchać wezwań, których nie jestem w stanie spełnić. Papież przemawiał pod moim oknem - niespecjalnie entuzjastycznie przeszedłem się na miejsce imprezy (plac pod Hotelem Wrocław), ale się nie dopchałem do przodu. Zrezygnowałem i zacząłem wracać do domu, by zerknąć ewentualnie na transmisję w TV. Wtedy pod sklepem zobaczyłem przystojną, elegancko ubraną kobietę która patrzyła w kierunku ołtarza ze łzami w oczach. W pewniej chwili, jakby nie wytrzymując napięcia, szybko poszła za róg sklepu, wyjęła z torebki... butelkę wódki i łapczywie, jakby łapała tlen po nurkowaniu, zaczęła pić "z gwinta". Coś zaczęło we mnie płakać, ale szybko opuściłem tłum i rozwiałem szanse na refleksje w mojej głowie. Niemniej nawet gdy teraz przywołuję ten obraz - mam łzy w oczach i przypomina mi się piosenka Pierca, którą tak lubi Madam. "Nie mogę ci pomóc, jeśli nie jesteś po mojej stronie" - rozpacza w niej Bóg nad grzesznikiem. Pierce prawie płacze, kiedy to śpiewa (a propos - we wtorek No Longer Music gra we Wrocku!).

Kiedy Młoda wyjechała do USA na kilka miechów - Wrocław zalała woda. Zamknąłem firmę, bo nie dało się pracować w takich warunkach. Zrobiłem duży zapas alkoholu i trawy, bo przewidywałem wyschnięcie źródełek za kilka dni. Nie mogłem znaleźć w domu spokoju. Pustka. Sam w czterech ścianach. Trochę biegałem nosić worki z piachem. Ale ciało szybko odmówiło posłuszeństwa. Masowałem zakwasy i wypalałem resztkę stafu wpatrzony w TV. Byłem wstrząśnięty - ta powódź wdarła się w moje serce. To było jak uderzenie zmuszające mnie do myślenia. Co jest w życiu ważne? Co jest trwałe? Czy to wszystko ma jakiś sens? A jeśli ma - to jaki? Zacząłem się bawić pilotem i trafiłem na powtórkę relacji z pobytu jp2 we Wrocku miesiąc wcześniej. Najpierw trafiło mie to, że on taki stary i zmęczony. Ja też byłem zmęczony i czułem się stary. Ale on miał skądś siłę, by znosić trudy pielgrzymek i nauczań. Skąd on to ma? Normalnie pozazdrościłem. Jakoś wyraźnie stało się wtedy dla mnie jasne, że są w życiu dwa kierunki: dobry i zły. I on idzie w tym pierwszym. A ja?

Ok, na dziś wystarczy wspomnień. Reszta w nieokreślonej przyszłości :)
miodzio 2005-06-25 15:36:05
skomentuj (11)
No dobra...
Wprawdzie mam permanentny przesyt komputera, ale - ponieważ Eliasz przywołuje mnie do porządku - to może już czas reanimować mego bloga? :)

Chyba podstawowy powód, że przestałem tu bywać jest taki, że blog przestał pełnić funkcję, w której w swoim czasie się znakomicie sprawdzał, mianowicie... Jak to ubrać w słowa...

Mam kłopoty z mówieniem, co myślę. Z wyrażaniem uczuć. Sporo we mnie jakiegoś lęku - o to jak mnie ocenią inni, czy się nie ośmieszę, co sobie pomyślą, a może przestaną mnie lubić itd. itp.

Tu na blogu się przełamywałem. Na początku też to było trudne - nawet tak, anonimowo w końcu i niezobowiązująco. Ale chyba powoli, małymi kroczkami, nauczyłem się (no nie do końca ale jednak) MÓWIĆ. Poznaję to po tym, że nie wszyscy mnie lubią :) a wcześniej lubili mnie wszyscy (naprawdę - to nie brak skromności). Nawet moja była żona ;)

Zmieniło się u mnie. Jest już spore grono osób, które znają moje życie prywatne, moje myśli, poglądy itp. Jest też Madam, która wie o mnie chyba wszystko. Chyba - bo może sam jeszcze nie wszystko wiem o sobie. Zresztą mam często wrażenie, że ona wie o mnie więcej ode mnie :)

Muszę powiedzieć, że mimo że już naprawdę z metryki wynika, że się raczej starzeję niż dojrzewam - to ostatnie 4 lata były dla mnie okresem burzliwego rozwoju i poznawania samego siebie. Największa w tym zasługa Boga niewątpliwie, trochę moich własnych decyzji - albo raczej wynik tego, że przestałem nieco Bogu przeszkadzać. Co to będzie, gdy całkiem Mu się poddam? :)

Wierzę, że pomysł prowadzenia bloga był Jego pomysłem. Tak samo jak wejście do wspólnoty, moja przyjaźń z Madam czy skończenie socjoterapii. Już chyba wymieniłem z grubsza wszystkie kamienie milowe mego dojrzewania ostatnich paru lat. Acha, jeszcze służba wśród uzależnionych - myślę, że bez niej byłbym inny.

Jak juk ruszyłem temat, to widzę mógłbym tu napisać jeszcze o innych ludziach i wydarzeniach, którym zawdzięczam wiele.. Ale to może w następnym odcinku :)
miodzio 2005-06-10 14:53:27
skomentuj (4)
marihuana - fakty i mity
Chciałem się pochwalić, że zbudowałem pierwszą w życiu stonę www, która traktuje o marihuanie .Zapraszam wszystkich do odwiedzin i podzielenia się ze mną opiniami. Szczególnie cenne będą słowa krytyki, bo pozwolą mi po pierwsze poprawić błędy, a po drugie unikać ich w przyszłości.
miodzio 2005-02-14 23:23:24
skomentuj (9)
marihuana - popularna rzecz
Okazało się, że nowo stworzona stronka cieszy się sporą popularnością - założyłem statystyke odwiedzin i jestem zaszkoczony.

Widać zielsko to temat lubiany w internecie.
miodzio 2005-02-13 14:38:29
skomentuj (5)
::księga gości::
{smscontact}